„Podobno pierwsze zdanie jest zawsze najtrudniejsze. A więc mam je już poza sobą…” Bo jak tutaj zacząć smęcić o oszczędzaniu, jeżeli większość czytających powie w ciszy: „Co mnie to obchodzi?”, „Nic nowego się nie dowiedziałem”, „Ze swojej pensji to nawet nie odłożę 10 groszy”, „Mam czytać jakieś dyrdymały uczniów, którzy o życiu nic nie wiedzą”. Nie uronię łzy, nie obrażę się, ale dla jednej osoby, która chociaż pogapi jak sroka w gnat na moje „wymęczone” literki „zmęczę się” i podzielę się tym, co mi leży na sercu w związku z dziećmi, z nami, dorosłymi „niedorosłymi”, którzy wydają zazwyczaj nieswoje pieniądze.

Gdy wracam pamięcią do lat dziecinnych, pamiętam, że od zawsze szanowałam pieniądze. Wpojono mi, że każda moneta jest okupiona wysiłkiem, a kiedy sama zarobiłam marne 5 zł na zbieraniu aronii i nie potrzymałam nawet je, bo od razu zostało spożytkowane na śmietankowe lody, zorientowałam się, że wydawanie pieniędzy, zwłaszcza swoich, nie za każdym razem przynosi uśmiech na twarzy. Tak między nami, to jest głupie myślenie, bo przecież pieniądz jest stworzony do wydawania. Człowiek żyje, a jego życie jest nierozerwalne z pieniędzmi. Niestety. Nieładnie uogólniając, wszystko jest na nie przeliczane i nikt nie ma nic przeciwko temu, że mechanizm kręci się wokół zarabiania, tracenia, zarabiania, tracenia i tak dalej, dalej, dalej, aż do samej śmierci. (Celowo pomijam przyjemności ;-) .)
Wracając jednak do dzieciństwa, pamiętam wycieczki, szkolne wycieczki. Na jednej z nich, a było to około 10 lat temu, razem z koleżanką kupowałyśmy pamiątki. Zakupiona pamiątka w podstawówce była wyznacznikiem prestiżu. Koleżanki i koledzy przekrzykiwali się w autokarze, chwaląc, kto kupił ładniejszą i gdzie. Swoją drogą sprzedawcy muszą uwielbiać dzieci – klientów. Bez przeciągania… Do dzisiaj pamiętam, jak moja koleżanka dostała na wycieczkę od rodziców 40 zł i wydała wszystko na pamiątki, rzeczy bezużyteczne i brzydkie, część z nich zepsuła się w autobusie, część pewnie w domu trafiła do kosza. 40 zł… Dla mnie to była suma ogromna, ale najgorsze było to, że, koleżanka, gdy zostało jej 5 zł, straciła humor, stwierdziwszy, że jej aż tyle zostało. Summa summarum, gdy znalazła się na postoju przy stacji benzynowej dorwała maszynę do losowania zabawek i szczęśliwa wydała ostatnie 5 zł. Do dzisiaj nie rozumiem tego, po co to zrobiła. Sama zawsze starałam się z wycieczek oddać coś rodzicom albo dołożyć do szczytnego celu, jakim w tamtych czasach były dla mnie np. wymarzone spodnie dzwony…
Szacunku do pieniędzy na pewno nauczyli mnie rodzice i myślę, że wszyscy dorośli powinni uczyć tego swoje skarby. Jest wiele dróg nauki. Można bowiem uczyć odkładania łakoci w zamian za wymarzonego misia, lalę, autko. Można pobawić się z dzieckiem w sklepik. Na ulicy wytłumaczyć, czym jest bankomat, a starsze skarby nauczyć, że tylko za ciężką pracę dostaje się wynagrodzenie, a nie za ładne oczka, czy grymasy. Warto zacząć od teraz, od dzisiaj, bo czasu nie cofniemy…